piątek, 10 grudnia 2010

Na kolanach

Zdjęcie: Claudio Fuentes Madan

Cała strona w dzienniku Granma z dnia dziewiątego listopada: transkrypcja przemowy Bruno Rodrígueza o zmianach klimatycznych i na pierwszym planie Raúl Castro z prezydentem RPA i wiceprezydentem Machado Venturą w mieście Pinar del Río. Oczywiście, ani pół słowa w przeddzień Dnia Praw Człowieka.

Pewien zaprzyjaźniony student prawa przesłał mi dziś rano tego sms-a: "Stoję na schodach z kilkoma studentami czekającymi na Damy w Bieli. Wiesz co? Co można zrobić? Pierwszy, który podniesie rękę zarobi ode mnie z pięści". Dość cyniczne powiedziałabym, dokładnie dziesiątego grudnia, do kontrmanifestacji wybrać studentów prawa Uniwersytetu Hawany. To są ci prawnicy, którzy będą nas jutro bronić, ci którzy dziś szkalują kobiety, których krewni są i byli skazani za przestępcze poglądy?

Kuba jest sygnotariuszem paktów ONZ-u z zakresu Praw Człowieka. Dokąd sięga hipokryzja kubańskiego rządu, że nawet dziś nie może powstrzymać się od represjonowania tych, którzy myślą inaczej? Podczas gdy w Genewie minister spraw zagranicznych tworzy semantyczne grymasy aby usprawiedliwić system totalitarny, który reprezentuje, na ulicach Kuby policja polityczna pokazuje, że nasze Prawa Człowieka (z paktami ONZ-u czy bez nich) pozostają na kolanach.

czwartek, 9 grudnia 2010

Jakie zmiany?

Zdjęcie: Claudio Fuentes Madan

Z wielkim wysiłkiem zdołałam przeczytać jedenaście stron “Transformacji koniecznych dla systemu opieki zdrowotnej”. Mam wrażenie, że gdybyśmy odjęli wszystkie wyrażenia ideologiczne takie jak: "kierownictwo naszej chwalebnej Partii", albo inne: "niezmierna odpowiedzialność historyczna jaka ciąży na nas wobec przyszłości ojczyzny", tekst zawarłby się w trzech stronach. Niestety umiejętność syntetyzowania nigdy nie była zalętą tych, którzy nami rządzą.

Na domiar złego, konkretów też nie ma za wiele, z wyjątkiem przerzucania i przestawiania sprzętu i personelu z miejsca w miejsce, znanej wszystkim priorytetowej pracy "międzynarodowej" oraz niezwykłej insynuacji, że lekarzy jest w nadmiarze - mówię niezwykłej, ponieważ tego się nie spodziewałam. Nie ma żadnego zdania, które mówiłoby nam o podwyżce płac dla pracowników Ministerstwa Zdrowia ani też żadnych gwarancji dla społeczeństwa o jakości usług medycznych. Za to znajdziemy niedorzeczne wyrażenie (ze strony semantycznej i gramatycznej) o etyce lekarskiej: "Komisje Etyki Lekarskiej nie powinny funkcjonować w formie trybunału lecz powinny być rozumiane jako komisje ideologiczne". Czy ktoś wyobraża sobie zasięg zastosowania podobnej przemowy?

A jednak, pomimo tego wszystkiego nazywają je transformacjami. Czasami się pytam czy na prawdę rząd (wciąż mając wolę polityczną) zdoła poradzić sobie z upadkiem, do którego w Służbie Zdrowia stopniowo dochodziło.

sobota, 4 grudnia 2010

Od zaprzeczania przeczeniu do zaprzeczania tego co oczywiste

Zdjęcie: Claudio Fuentes Madan

Ja miałam szczęście: skończyłam szkołę średnią, mając po jednym nauczycielu na każdy przedmiot. Kilka lat później zaczął się upadek nauczycieli, skazanych na brak specjalizacji. Ten sam nauczyciel prowadził lekcje z nauk ścisłych i humanistycznych, wszystkich lat szkoły średniej. Stara gwardia oświaty ustąpiła w strachu (diabeł wie więcej ponieważ jest stary, a nie dlatego że jest diabłem) i większość nauczycieli zniżyło poziom nauczania, poszło na zwolnienia lekarskie albo wycofało się z długiej, zawsze źle płatnej, drogi zawodowej.

Uciszając głosy doświadczenia, Ministerstwo Edukacji popuściło cugli swej absurdalnej wyobraźni i od lekcji bez specjalizacji, przeszliśmy do lekcji przez telewizor. Tragicznego stanu rzeczy dopełniały wynagrodzenia i złe warunki w klasach, które nie zmieniały się. Skończył się etap akademicki i weszliśmy w etap ideologiczny: więcej polityki i mniej wiedzy.

Więc trwało to póki nie urwało się ucho dzbana*. Nauczyciele szybko zmęczyli się zawodem dającym więcej pracy jak korzyści a rząd zdecydował się ukarać ich długimi siedmioma laty przymusowej pracy społecznej w klasach. Niedbalstwo, korupcja i mierność zasiedliły się tam, gdzie wcześniej mieszkały mądrość i nauczanie. Rodzice mający zaplecze ekonomiczne poszukali korepetytorów a inni ulegli po kilku zmianach szkół dla swoich dzieci.

W tym wszystkim komuś przyszedł do głowy niezwykły pomysł, aby spróbować "nowej" recepty: wyspecjalizowanego nauczania. Dziś wracają dni kiedy to nauczyciel matematyki zajmuje się tylko numerami a nie składnią czy efemerydami. Cztery czy pięć szkół w Hawanie służy jako króliki doświadczalne dla "nieoficjalnego eksperymentu" a rodzice -wśród których mam kilka koleżanek- stają na głowie aby ich dzieci znalazły się pośród wybranych do "wypróbowania nowego rozwiązania".

*ludowe powiedzenie: Dopóki dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie.

sobota, 6 listopada 2010

Dalekie wzgórze

Fotomontaż anonimowego przyjaciela.

Moja przyjaciółka Evelyn jest szczęśliwą kobietą. W młodości cierpiała niedostatek, ale teraz, zbliżając się do czterdziestki, patrzy wstecz i saldo wypada więcej niż dodatnio. We mnie, która jestem dużo młodsza, budzi zachwyt: jej córeczka jest cudowna, jej życie zawodowe kieruje sięna właściwe tory i żyje zgodnie ze swoimi zasadami i poglądami - to ostatnie jest zagrożone wymarciem. Poznałyśmy się, kiedy miałam siedemnaście lat i od tej pory nie głosowałam ani nie brałam udziału w żadnych wiecach organizowanych przez rząd, w których ludzie brali udział ze strachu i w sposób dwulicowy.

Evelyn nie mogła studiować na uniwersytecie. Kiedy uczęszczała do szkoły im. Lenina jej koledzy z klasy pozbawili jej poparcia politycznego. Odwołała się do partii a w odezwie jej klasa podniosła rękę drugi raz aby naznaczyć jej to w dokumentach na całe życie. Nie była dziennikarką niezależną, ani nie pracowała aktywnie w żadnej partii, ani nie maszerowała głównym korytarzem wygłaszając tezy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Była zwyczajną, na wpół rockową, na wpół romantyczną, dorastającą dziewczyną.

Lata minęły i z tej grupy z Lenina prawie nikt na Kubie nie został. Na profilu Evelyn na facebooku czasami pojawiają się przyjacielskie gesty tych, którzy raz trzymali wysoko ręce w górze aby zniszczyć jej życie. Wydawać by się mogło, że życie we Francji, Kanadzie, Hiszpanii czy Stanach Zjednoczonych jest jak swego rodzaju wielka spowiedź, która obmywa ze wszystkich grzechów i daje prawo domagać się bezwarunkowego przebaczenia ze strony ofiar. Ale moja przyjaciółka nie zapomina. Nigdy nie będzie się mścić, nie pozwoli aby ją strawiła nienawiść. Jednakże, "znajomi z facebooka" mogą zmęczyć się zapraszaniem jej na imprezki klasowe przyjeżdżając na Kubę: ona zawsze powie nie.


Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

sobota, 31 lipca 2010

Zadanie

Przychodzę do domu mojej koleżanki i spotykam ją roześmianą przed zadaniem swojego syna. Daje mi kartkę papieru i namawia mnie żebym przeczytała, bez wyjaśniania:
- Jest bardzo szczery. Widać, że ma tylko siedem lat.

“Moja szkoła”
"Cała moja szkoła jest ładna poza łazienką, ponieważ jest ładnie pomalowana i nie ma nic zepsutego natomiast ubikacja jest brzydko pomalowana, zawsze jest tam kupa i czuć moczem. W mojej szkole są bardzo dobrzy i mili koledzy, tak jak nauczycielka jest bardzo dobra i dość miła. Na apelach porannych dyrektorka mówi dużo rzeczy ale czasami nie słucham. Ja prawie zawsze chcę iść ze szkoły i tym bardziej kiedy mam jeść w niej, dziś zjadłem mąkę i nauczycielka mnie zganiła."


Prawdą jest, że ja się tak nie śmiałam, przypomniałam sobie o tym gdy ja byłam w tym wieku i o tym co zdarzyło się później. Nie skomentowałam mojej przyjaciółce, ale jeśli nasz kraj się nie zmieni, w trzy czy cztery lata wypracowania jej dziecka dalekie będą od krytykowania smrodu czy wspominania radości zabaw ze swoimi kolegami, będą opowiadać o martwych bohaterach wojen zeszłych wieków oraz o walkach o nieznane idee.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

czwartek, 29 lipca 2010

Kolacja nieznajomych

Zdjęcie: Claudio Fuentes Madan

Rodzina kubańska jest rozbita, nie tylko przez rozdzielenie terytorialne wynikające z emigracji ale także przez sprzeczności polityczne między każdym członkiem rodziny wewnątrz kraju. Pewnego dnia zostałam zaproszona na kolację do domu mojej koleżanki i zakończyłam spotkanie osłabiona zderzeniem dwóch pokoleń, rodziców i dzieci: jednej, która milczy ze względu na szacunek i drugiej, która obraża swoją absolutystyczną ideologią.

Podczas gdy "Okrągły stół" ożywiał urodziny mojej koleżanki (wujek nie miał dość wyczucia aby wyłączyć telewizor), matka czyniła terrorystyczne komentarze o przeznaczeniu Stanów Zjednoczonych, a współmałżonkowie ich obu jak dzieci próbowali zmienić temat - nie wiem czy przez zsolidaryzowanie się z najmłodszymi czy przez zwyczajne poczucie ogółu: było to przyjęcie. Moja koleżanka miała dwa wyjścia:
- Wyrazić swoją opinię i zmienić swoje przyjęcie w pogrzeb z towarzyszeniem krzyków i nietolerancji.
- Zamilknąć i skupić się na frytkach.

Wybrała drugie wyjście. Jej rodzina wydawała się nie zdawać sprawy z nienaturalnego milczenia solenizantki podczas całego wieczoru. Wśród wymiany poglądów: "Socjalizm to jedyna droga", "wszyscy ci najemnicy powinni zgnić w więzieniu", Nie wiem jak Obama może spać spokojnie", "Unia Europejska i Imperium pewnego dnia zapłacą", "Fidel zawsze miał rację"; podawali sobie z ręki do ręki listy i dokumenty jakie przedłożą następnego ranka w Konsulacie Hiszpańskim aby zdobyć obywatelstwo tego europejskiego państwa, a kobiety opowiadały o telenoweli meksykańskiej wyświetlanej na kablówce, którą w domu mają nielegalnie.

Cały ten czas paraliżowało mnie poczucie ogromnego ubolewania nad tymi dziwacznymi bojownikami Partii Komunistycznej Kuby: z moralnością tak cyniczną, dwuznaczną ideologią i bezgraniczną nieustępliwością. Ich ślepota przeszkadza im dostrzec ogromną przepaść jaka dzieli ich od pokolenia, któremu dali życie: są sami, tak samotni, że ani nawet ich dzieci nie odważą się oświetlić im drogi.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

sobota, 24 lipca 2010

"Mój mąż jest tego wart", rozmowa telefoniczna z Suyoani Tapia Mayola (część 2)

Część druga: Więzienie 5 i pół kilo w Pinar del Río

Fragment nagrania z wywiadu:


- Kiedy zdecydowałaś podążać za przeznaczeniem Horacia i przeprowadzić się z Ciego de Ávila do Pinar del Río?

Było ciężko dostać pozwolenie, będąc lekarzem, aby chodzić na wizyty po przeniesieniu Horacia. Mieliśmy zamiar kontynuować związek i musiałam się tam przeprowadzić. Poza tym nie potrafiłam utrzymywać tempa stałych wyjazdów z Ciego de Ávila.
Mieszkam już cztery lata nie mając tutaj w Pinar del Río nikogo, tylko jego rodzinę i znajomych, których poznałam po przyjeździe. Rodziny innych więźniów wspierały mnie, w domu rodzinnym Víctora Rolanda Arroyo na przykład nocowałam, kiedy przyjeżdżałam na wizyty. Było ciężko rozstać się z moją rodziną, nigdy przez myśl mi nie przeszło, że będę mieszkać w Pinar del Río i patrz, oto jestem. Niedługo potem zmarła moja teściowa, był to mocny cios dla Horacia i dla mnie. Ona pomagała mi we wszystkim, odeszła 2 marca 2008, zmarła na raka.
Zostałam całkiem sama, ale kilka miesięcy później Bóg obdarzył mnie szczęściem zajścia w ciążę i dziś mamy córkę, ma rok i trzy miesiące, nadaliśmy jej imię mamy Horacia: Ada María, jest najmołodszą Damusią w Bieli.
Pomimo tego wszystkiego myślę, że jesteśmy szczęśliwi, pomimo życia oddzielnie mamy wiele: rodzinę na mocnych fundamentach. Ludzie mówią, że moja historia przypomina telenowelę, moja matka myśli, że w prawdziwym życiu tego się nie widzi wiele. My, Horacio i ja, zawsze mieliśmy wiele wiary i czasami, moja matka też mi to mówi, czuję jakby to była misja, gdzie tylko Bóg wie dlaczego tak się dzieje.
Nie mogę powiedzieć abym była całkowicie szczęśliwa, on jest zamknięty i jest bardzo ciężko: jesteśmy więźniami wszyscy, więc nie mamy życia. Zabieram moją córkę na wszystkie widzenia, bawią się przez dwie godziny i oddzielając ją od niego ona płacze. Dla nas jako rodziców też jest ciężko, jego ominęło wiele rzeczy: jej pierwsze kroki, jej pierwsze słowa. Bardzo nam brakuje Horacia, tak jak jemu brakuje jego dziecka i żony. Mamy nadzieję, że wszystko się rozwiąże i będziemy mogli żyć jako rodzina, jak prawdziwa rodzina którą jesteśmy.

- Wciąż pracujesz jako lekarka w Pinar del Río?

Zakończyłam moją służbę społeczną i nadal pracuję tutaj, przeniesienie było trudne, na początku nie chcieli dać mi miejsca. Mój zawód jest wybitnie praktyczny i zawsze chciałam pracować. Urząd bezpieczeństwa martwił się, że moje stanowisko tutaj w Pinar del Río będzie w miejscu bardzo oddalonym, nie było drogi dojazdowej, trzeba było dojeżdżać zaprzęgiem konnym i mięli mnie tam około sześć czy osiem miesięcy. Kiedy byłam w ciąży musiałam dojeżdżać zaprzęgiem, z moim brzuchem, aby iść do pracy i aby wracać każdego dnia z pracy.
Z czasem przeniesiono mnie trochę bliżej wioski i później bliżej miasta, ale mimo tego wszystkiego jestem daleko. Jako pracownica należę do okręgu miejskiego Sandino, trzynaście kilometrów od miejsca gdzie mieszka rodzina Horacia.
Oni dali mi pracę ale nigdy nie ułatwili mi spraw. Pewien zaprzyjaźniony lekarz powiedział mi po przyjeździe: Jesteś gotowa na to co masz przeżywać? Jestem przekonany, że ty nie wyobrażasz sobie nawet przez co będziesz przechodzić. I to prawda, przechodziłam wiele trudnych chwil, kiedy zaszłam w ciążę jeszcze gorszych, z wielkim sześcio czy siedmiomiesięcznym brzuchem, sama w więzieniu, przyjeżdżałam z trzema czy czterema walizkami a strażnicy sprawdzali wagę aby móc zacząć zabierać mi rzeczy. Takie historie przeżywaliśmy wszyscy krewni więźniów ale patrzę na moją historię w sposób szczególny i to co nam zrobili, to jest okrucieństwo.

- Czy jest jakaś szczególna chwila, o której chciałabyś mi opowiedzieć, coś co was naznaczyło jako parę?

Przeżywaliśmy w naszym związku chwile bardzo ciężkie, ale także bardzo wspaniałe. Nie zaprzeczam, że czasami podupadaliśmy, jak wszyscy, ale zawsze potrafiliśmy podnieść się i dowód jest taki: dziś jesteśmy razem, kończy się prawie siódmy rok związku i jesteśmy bliżej siebie niż kiedykolwiek, naprawdę.
Jest pewna historia co nas naznaczyła, jest nawet ujmująca, czasami jak jakaś osoba z zewnątrz jej słucha, to wydaje się jej normalna, ale dla nas ma ogromne znaczenie:
Pewnego razu byłam na wizycie i on zadzwonił do mnie abym do niego przyszła. Pomyślałam, że źle się czuł, zaniepokoiłam się ponieważ myślałam, że było to coś poważnego. Zdarzyło się, że byłam na wizycie wśród więźniów, lekarz w więzieniu zazwyczaj aby zbadać pacjenta wchodzi do celi, a strażnik zapomniał sobie o mnie, zostawił mnie samą z więźniami. Widziałam, że Horacio mnie wołał i wołał, nagle zatrzymał się przy moim boku i bez namysłu mnie objął jakby chciał powiedzieć: że nikt mnie nie dotknie. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego co się dzieje przestraszyłam się. Później zaczęliśmy się śmiać i zapytałam go: Co ty chciałeś zrobić? To co zamierzał to objąć mnie przed wszystkimi!

- Kiedy się pobraliście?

Pobraliśmy się 21 marca 2007, ślub odbył się w więzieniu, prosta sprawa: przyprowadziliśmy urzędnika, podpisaliśmy. Być może pewnego dnia będziemy mogli celebrować lepiej nasz ślub, z naszą rodziną. Horacio ma trzy córki, najstarsza ma 22 lata i jest bardzo do nas przywiązana, miała 16 lat kiedy jej ojciec został skazany.
Być może osiągnęliśmy rzeczy, których inne pary żyjąc razem nie osiągnęły, ośmieliłabym się zapewnić, że są związki małżeńskie na ulicy, gdzie małżonkowie widzą się codziennie, i które nie mają tego co my mamy. To nie jest czyn bohaterski z mojej strony: Horacio jest wart całego poświęcenia, on mie inspiruje do tego wszystkiego.

- Co myślisz o rozmowach między rządem i Kościołem Katolickim jakie obecnie dobiegają końca?

Jest bardzo ciężko mieć córkę samej, patrzeć jak ta dziewczynka chodzi, mówi i rośnie nie mogąc zobaczyć swojego taty, patrzeć jak płacze za każdym razem kiedy się żegnają. Jest bardzo ciężko też widzieć go odwracając się plecami wiedząc, że będzie zamknięty za kratami, nie wiedząc czy będzie jadł, czy będzie z nim wszystko w porządku. Tak więc, zawsze i kiedy tylko nie dzieje się przeciw naszym zasadom, jestem wdzięczna nieskończenie za wszystko co robi się na rzecz jego wolności i wolności wszystkich więźniów.
Był czas około miesiąca w moim życiu kiedy nie było nadziei, życie dla życia i dziś mam nadzieję na możliwość stworzenia rodziny, na to aby dać mojej córce stabilne ognisko domowe. Miejsce jej ojca jest niezastąpione, ani dziadkowie ani nikt inny nie może go zająć, więc możliwość życia razem, posiadania normalnego życia, jak Bóg nakazał, jest czymś za co muszę dziękować.

(Koniec wywiadu)

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

czwartek, 22 lipca 2010

"Mój mąż jest tego wart", rozmowa telefoniczna z Suyoani Tapia Mayola (część 1)

Przypadkiem dowiedziałam się o historii tej dwudziestodziewięcio letniej doktorki i jej męża, Horacio Piña Borrego, 42 lata, dziennikarz niezależny uwięziony podczas sprawy siedemdziesięciu pięciu. Kiedy opowiadano mi odyseję jego życia wydawało mi się, jakbym czytała rozdział "Wichrowych wzgórz". Takie rzeczy nie zdarzają się w prawdziwym życiu pomyślałam, a jeśli się zdarzają, ja muszę porozmawiać z tą kobietą, muszę to opowiedzieć.

Pewien wspólny znajomy nas zapoznał i zdecydowałam do niej zadzwonić aby opowiedziała mi swoją historię. Słowa Suyoani mnie uspokoiły i choć mówią, że przez telefon wszystko jest bardziej zimne, kiedy ona płakała ja po drugiej stronie słuchawki też płakałam. Nie pomyślałam aby publikować wywiad ale jej historię; chociaż po nagraniu jej, zmiana życiorysu tej dziewczyny moimi słowami byłaby świętokradztwem.

Część pierwsza: Więzienie Canaleta, Ciego de Ávila

Fragment nagrania z wywiadu:


- Jak poznałaś Horacia w więzieniu Canaleta?

Pierwszy raz zobaczyliśmy się w izolatce. Było to dla mnie dziwne ponieważ nie byłam lekarką w strefie izolacyjnej, byłam na służbie i szukano mnie ponieważ Horacio źle się czuł.
Kiedy weszłam do korytarza jedyne co tam było to mocno świecąca żarówka, tam nie wpada światło słoneczne, ponieważ okna są zakryte kawałkiem cynku. Było to ogromna przestrzeń, nie mogę powiedzieć ci jak duża - to jest nieporównywalne - było tam dużo bardzo małych cel, bardzo malutkich. I było tam pięciu ze sprawy siedemdziesięciu pięciu: Raúl Rivero, Ariel Sigler Amaya, Luis Milán Fernández, Pedro Pablo Álvarez i mój mąż, Horacio Piña.
Pamiętam, że Horacia bolała głowa i miał wysokie ciśnienie. Było to coś nieprawdopodobnego, kiedy go zobaczyłam przez te kraty, od tego momentu oboje zdaliśmy sobie sprawę, że coś miało się stać. Choć nigdy nie myślałam, że skończy się to zawarciem związku małżeńskiego, że pewnego dnia nawet będziemy mieli córkę. Jednakże było to coś magicznego, mam wiele wiary i w tych warunkach, zakochać się tam i później zawrzeć związek i założyć rodzinę, na prawdę musi to być dziełem Boga.

- Dlaczego ich pięciu znajdowało się w celach izolacyjnych?

Nie było ku temu powodu, było to lokum jakie władze dla nich wyszukały. Jest to cela dla pospolitych przestępców, ale także jest to strefa izolacyjna. Umieszczono ich tam kiedy zostali uwięzieni, ze skazanymi na karę śmierci i skazanymi na dożywocie. Horacio spędził tam rok i cztery miesiące.

- Kiedy zdaliście sobie sprawę, że się zakochujecie?

Na początku byliśmy tylko przyjaciółmi, chociaż zawsze było dużo zapoznawania się. Trzeciego maja 2004 pocałowaliśmy się pierwszy raz, prawie rok po tym jak się poznaliśmy, ponieważ był w strefie izolacyjnej nie widywaliśmy się tak często, tylko raz czy dwa w ciągu miesiąca.
W więzieniu relacje więźniów ze strażnikami i z lekarzami są bardzo trudne, mówiono mi bardzo źle o nich. Mój mąż opowiadał mi, że wiele razy chciał zacząć rozmowę, ale bał się mnie zawieść czy powiedzieć coś źle, tym bardziej w jego sytuacji. Mi też przychodziło na myśl aby porozmawiać z nim ale też się bałam. Minęło dużo czasu zanim porozmawialiśmy, jak tylko przenieśli go na oddział zaczęliśmy się widywać praktycznie codziennie i zaczął się nasz związek; ja zajmowałam się pacjentami przewlekle chorymi a on często chorował.
Nasz związek był, pomimo tylu przeciwności, bardzo mocny: nigdy nie rozmawialiśmy o sprawach ulotnych, przeciwnie, zawsze snuliśmy plany na przyszłość. Mieliśmy wiele trudności, ponieważ są sprawy, których nie da się ukryć: bezpieka zdała sobie sprawę z tego, że coś się działo, że im pomagałam, nie tylko jemu ale pozostałym też. Zaczęli nas pilnować, choć nigdy nie zdobyli niezbitych dowodów na nasz związek, podejrzewali go. Później Raúl Rivero napisał wiersz opisujący naszą historię i urzędnicy służby bezpieczeństwa go skonfiskowali.
Horacio jest cudowny, osoba którą wybrałam sobie jako wzór, mam w nim wsparcie, daje mi wiele sił aby żyć i trwać. Są ludzie, którzy mi mówią: Ale jak to jest możliwe? Jesteś młodą kobietą, masz życie przed sobą. Co robisz wiążąc się z mężczyzną skazanym na dwadzieścia lat? Ja zwyczajnie odpowiadam: Mój mąż jest tego wart.

- Jakie konsekwencje wynikły z ujawnienia tego wszystkiego? W twoim życiu osobistym i zawodowym, co się wydarzyło?

Przyszli mnie szukać w gabinecie, ja właśnie przyjmowałam Horacia, przyszło pięciu urzędników urzędu bezpieczeństwa i wzięli mnie do jakiegoś biura, wszystko działo się przed nim. To była straszna chwila, on już wiedział, że coś się działo i powiedział urzędnikom: "Przesłuchajcie mnie, zostawcie ją!".
Naciskali mnie abym zeznawała. Jestem lekarzem, byłam cywilną pracownicą Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i sprawowałam urząd społeczny, nie byliśmy niczym więcej jak pewną kobietą i pewnym mężczyzną, oni nie mogli oskarżyć mnie o nic. Próbowali zastraszyć mnie używając mojej rodziny, grozili mi: mówili mi, że powiedzą moim rodzicom. Jeden urzędnik zapytał mnie na jednym z przesłuchań jak to było możliwe aby lekarka, wykształcona w duchu rewolucji, zakochała się w terroryście. Tego razu odpowiedziałam: zdaje się że pan i ja nie mamy tego samego pojęcia terrorysty, Horacio Piña nie jest terrorystą. Przeniesiono mnie do innej jednostki ministerstwa, a jego przeniesiono do Pinar del Río. Ostatnie przesłuchanie w więzieniu Canaleta odbyło się 18 lipca. Horacio jest przenoszony o świcie 11 sierpnia do Combinado del Este a następnie do Pinar del Río. To znaczy on sam spędził kilka dni więcej w Ciego de Ávila po tym jak ja zostałam wysłana do jednostki raczej biurowej, nic nie związanej z więzieniami. Mówili, że nie chcieli stracić lekarki, więc zrobiłam pewną zamianę stanowisk pracy: pewna lekarka z jednej szkoły była zainteresowana zmianą pracy, ona podjęła pracę w ministerstwie a ja poszłam do szkoły.

- Więc nie pozwolili ci dalej pracować w więzieniach?

Nie, oni wiedzieli że ja będąc z nim w związku pomogłabym mu. Oni ni chcą, nie mogą sobie nawet wyobrazić aby znalazł się ktoś, kto mógłby mu ułatwić sprawy. Przeżywałam chwile dużego nacisku, pewnego dnia czekając na autobus wiozący mnie do pracy, jedna kobieta na przystanku mówiła do drugiej: Tu w więzieniu Canaleta jest jedna lekarka związana z terrorystą. Tą opowieść "lekarki z terrorystą" zobowiązali się oni rozpowszechniać w całej mojej prowincji. Mojej rodzinie też było bardzo ciężko, moich rodziców wezwano do pracy. Wszyscy przeżywali bardzo ciężkie chwile, włączając jego, ponieważ czuł się bezsilny podczas gdy ja cierpiałam z powodu całej sytuacji.

- A twoja rodzina, jak zareagowała wobec takiego nacisku?

Mam cudowną rodzinę... trudno mi mówić na ten temat. W przypadku mojego ojca, ponieważ moja mama jest osobą trochę bardziej wyciszoną, powiedziała mi: Jeśli my ci nie pomożemy, w takim razie kto to zrobi? Ty jesteś moją córką. Wspominając to, czuję ból.
W dzień kiedy bezpieka mnie przesłuchiwała, przesłuchiwali także mojego ojca. Nazajutrz rano wychodziłam do pracy i zapytał mnie czy nie chciałabym aby mi towarzyszył:
- Tatusiu, mogę iść sama. - I powiedział mi.
- Więc podnieś głowę, nie zrobiłaś nic aby chodzić z opuszczoną głową.
I za to będę sobie dziękować zawsze, naprawdę zawdzięczam mu wiele, obydwu ponieważ obaj pracują i są związani w pewien sposób z tym rządem, z systemem. Inna rodzina być może nie przyjęłaby takiej postawy. Urzędnicy nawet zapytali mojego ojca dlaczego ja wciąż mieszkałam z nim pod jednym dachem i on stwierdził: - W żadnym razie nie opuści domu, jest moją córką i będę jej pomagał we wszystkim. I tak robił zawsze, będzie właściwie siedem lat i oto jestem w Pinar del Río. Pomimo bycia daleko pomogli mi bardzo.

- A ludzie, jaką postawę powzięli wobec tego zniesławienia.? Twoi współpracownicy, twoi przyjaciele?

Otrzymaliśmy wsparcie od wielu osób, Horacio jest bardzo towarzyski i łatwy do pokochania. Pielęgniarki pomagały nam bardzo a on nawet utrzymuje kontakty z osobami w więzieniu Canaleta. Ja mu mówiłam w tamtym czasie - Masz oczy dookoła głowy - a on się usprawiedliwiał - Przyjaciele alarmują mnie o zagrożeniach, dają mi sygnały kiedy ktoś nam szkodzący jest w pobliżu. Urząd bezpieczeństwa nie zdołał odebrać nam ludzkiej solidarności, to jest cierń, który tkwi w ich gardle i dlatego nie zostawili mnie w spokoju. zawsze byłam śledzona, nie miałam chwili spokoju. Tu w Pinar del Río na przykład kiedy zaczynam pracować w jakimś miejscu zawsze dzieje się to samo, na początku nikt nic nie mówi ale później, kiedy się poznaliśmy wyznają mi: Pani doktor, ja muszę pani coś powiedzieć, zanim pani przyszła urzędnik tu był i powiedział nam, że musimy informować o wszystkim co pani robiła, o godzinie przybycia i wyjścia. Zadzwonili do moich rodziców i naciskali ich aby mnie poprosić żebym wróciła, mówili im, że dadzą mi pracę, że umieszczą mnie w stolicy prowincji, że nic mi się nie stanie... nawet do tego się posunęli.

(Koniec pierwszej części wywiadu)

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

wtorek, 20 lipca 2010

Powrót

Zdjęcie: El Guamá

Nie wiem dlaczego ani po co, nie interesują mnie niejasne powody ani teorie towarzyszące jego ponownemu pojawieniu się. Nie myślę, ani przez chwilę, próbować uzasadniać powrotu Fidela Castro przed kamery. Są w życiu sprawy, które istnieją tylko po to aby się nimi zachwycać, a to jest jedna z nich.

Zmierzch dyktatorów w całej swej rozciągłości jest czymś trudnym do zachwycania się, od jego odejścia w 2006, przeczułam że ominie mnie dobra część starczego końca "Kubańskiej Rewolucji". Pomyliłam się i cieszy mnie mój błąd.

Pogodziłam się z myślami, ciągle pojawiającymi się bardziej jak opowiadania popularno-naukowe w gazetach brukowych niż co innego, są dobre żeby się pośmiać, ale bezwzględnie podległe swoim wersjom graficznym - nie dla żartu telewizja zalała rynek w wieku dwudziestym.

To nie to samo przeczytać to:

"Gospodarka super siły zawali się jak domek z kart. Społeczeństwo północnoamerykańskie jest najmniej przygotowane na przetrzymanie katastrofy jaką imperium stworzyło na własnym terytorium, z którego pochodzi. Ignorujemy efekt wpływu bomb atomowych na środowisko, które niechybnie zostaną wystrzelone w różnych częściach naszej planety i które w najlepszym wypadku zostaną wyprodukowane w obfitych ilościach. Rzucanie hipotez byłoby czystą fikcją z mojej strony."

Co zobaczyć i posłuchać tego:



Panowie, nie smucąc się i nie rozpaczając, należy świętować tę cudowną komedię narodową, istnieje możliwość, że będzie to ostatni raz jak go widzimy rozmyślającego.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

sobota, 17 lipca 2010

Smutne drogi

Foto: Claudio Fuentes Madan

Jako kobieta praktyczna, którą jestem, pomyślałam aby wykorzystać moją podróż do Santa Clara i kupić przy drodze produkty, które w stolicy są trudno dostępne lub mają bardzo wysoką cenę. Odkąd byłam mała pamiętam rolników sprzedających przy drogach to co sami hodują czy sieją i handlowali swymi towarami bezpośrednio z podróżnymi.

Zaskoczył mnie całkowity brak przydrożnych handlarzy przez kilometry i kilometry, dziedzina gospodarki tych wieśniaków jest bardzo niepewna i daję wiarę, że policja zajmuje się ich ściganiem za sprzedawanie tego co rodzi się z pracy ich własnych rąk. W domach z drewna i ze swymi rejestrowanymi krowami, sprzedając kilka funtów sera dają radę wyżywić przez parę dni swoje rodziny.

Choć jeszcze kilku zostało, z trudnością można zliczyć dwadzieścia osób na przestrzeni kilometrów dzielących Hawanę od Santa Clara. Lękliwi, kiedy samochód się zatrzymuje zbliżają się z czujnością, przecież policja ich ściga udając klientów.

Chłopak, u którego udało mi się kupić ser na pewno nie mógł mieć 25 lat. Zapytałam go co by się stało jakby go złapali: uciekają oni z całą prędkością, nie przejmując się ratowaniem towarów, a policjanci gonią ich daleko przez góry.
- Gonią ich daleko przez góry?!

Ciężko jest wziąć sobie na poważnie śmieszny obraz mundurowego powalającego wieśniaka w trawę aby skonfiskować dwadzieścia bananów. Skoro nie chciałam wdawać się z biednym chłopakiem w dyskusję, po prostu zapłaciłam i poszłam, ale myśl o tym wciąż nie daje mi spokoju: Czyż nie ma miliona bezproduktywnych osób otrzymujących wynagrodzenia według generała Raúla Castro? Dlaczego nie zaczną likwidować tych posad grabieżczych dla naszej rodzimej gospodarki i nie pozwolą aby wieśniacy sprzedawali swoje produkty gdzie chcą?

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

środa, 14 lipca 2010

Ta, która nic nie rozumie to ja

Zdjęcie: Międzynarodowy Port Lotniczy im. José Martí, 12 lipiec 2010.

"Nie wierz, nie obawiaj się, nie błagaj"
Alexander Solzhenitsyn

Ostatnie dni były zawrotne, rozdarte pomiędzy szczęściem a niepewnością. Nie porzegnałam się z Pablo Pacheco ponieważ wywieziono go z kraju ukradkiem, nie zdołałam porozmawiać z Pedro Argüellesem i wciąż mam przed oczyma obraz Fariñasa uchwycony w chwili, w której grymas na jego twarzy dowodził, że łyk płynu to dla niego Ból.

Byłam trochę nieobecna, biegając z kąta w kąt, od Pinar del Río do Santa Clara, dowiadując się o wszystkich wydarzeniach dzięki strumieniowi sms-ów jakimi zdołaliśmy się wymieniać pomiędzy niektórymi przyjaciółmi. Widziałam wielu ludzi wierzących w to, że pewnego dnia będziemy żyli w wolnym kraju, uderzyła mnie solidarna sieć w okolicach szpitala gdzie przebywa Coco: dwudziestka lojalnych przyjaciół i kolegów gorliwie czuwa nad raz pogarszającym się, lub też to polepszającym się stanem jego zdrowia, informują roztrzepanych takich jak ja, co przychodzą trzy godziny przed wizytą, wypijają wszystko co mają, a to jest: prawie nic. Szczerze żałowałam, że żaden dziennikarz nie podjął do tej pory wysiłku porozmawiania z tymi osobami, które od czterech miesięcy w ciszy dbają o życie najbardziej wyzwolonego człowieka na Kubie.

Czasami dostrzeżenie takiej odwagi i dobroci w osobach jak matka Fariñasa oraz takiej niewrażliwości i hipokryzji w artykułach jak ten* okazuje się destabilizujące. Są chwile w których preferowane jest nie łączyć się z Internetem.

Dręczy mnie bardzo, ale to bardzo poczucie manipulowania głosami społeczności cywilnej słowami tak oportunistycznej polityki, wokół tego czym żyjemy dziś w moim kraju: uwolnienia niewinnych. W jakim okresie historii istniał dialog pomiędzy kościołem a rządem kubańskim i kiedy Moratinos został mediatorem? Kiedy zostaną uwolnieni więźniowie chcący żyć na Kubie? Dlaczego na lotnisku międzynarodowym "wolni ludzie" nie weszli do samolotu jak reszta pasażerów? Jeśli mogą przylecieć na Kubę kiedy chcą, dlaczego nie umożliwiono im pożegnania się ze swoimi przyjaciółmi ani napicia się kawy w swych domach przed opuszczeniem wyspy?

Dziś po raz pierwszy widziałam twarz Paneque na zdjęciu w Internecie, moje odczucia są nie do opisania, ten tekst stałby się absurdalny gdybym pokusiła się o odpowiedzi na moje pytania. Z bólem stwierdzam, ale do teraz tylko jedno słowo definiuje wynik tego swoistego dialogu, który wyklucza samych zainteresowanych i ofiary jednej z dwóch stron: Wygnanie.

Kiedy chociaż jeden z byłych więźniów sumienia uwolnionych w Madrycie postawi swą stopę na Kubie, kiedy Pedro Argüelles, Eduardo Díaz oraz Regis Iglesias będą w swych domach, kiedy osoby świeckie jak Dagoberto Valdés czy Osvaldo Payá zostaną zaproszone do negocjacji między rządem a Kościołem Katolickim i będą mogli wyrażać swe poglądy na równych prawach, wtedy będziemy mieli Dialog; do tego momentu rozmawiamy tylko o pozwoleniach, ugodach i wyjściach awaryjnych.

* Przyp. tłum. - Odnośnik otwiera artykuł w języku hiszpańskim zatytułowany: "Dysydenci kubańscy stawiają czoło niepewnej przyszłości". Informacja na temat zawarty w artykule w języku polskim znajduje się tutaj.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

wtorek, 6 lipca 2010

Juan Juan Almeida, dziś na skrzyżowaniu ulic 23 i L



0:02

Wtorek 6 lipiec 2010
skrzyżowanie ulic 23 i L, Vedado Hawana

Juan Juan Almeida, po kilku
tygodniach strajku głodowego,
wychodzi po raz drugi z
afiszem aby domagać się swego prawa
wyjazdu z powodu złego stanu zdrowia.

0:36

HUGO PAVÓN
(ciemiężca kulturowy i społeczny)

1:41

PROWADZĘ STRAJK GŁODOWY
ABY DOMAGAĆ SIĘ SWEGO PRAWA.

3:10

I znowu
HUGO PAVÓN

Chcesz wiedzieć czym więcej zajmuje się Hugo Pavón? Zobacz tutaj.

poniedziałek, 5 lipca 2010

Odpowiedź Guillermo Fariñasa Hernándeza dziennikowi Granma

Zdjęcie: "Odkupienie Horusa", Luís Trápaga

Zaczerpnięto z blogu Huelga de Hambre (Strajk Głodowy - przyp. tłum.)

Odpowiedź Guillermo Fariñasa Hernándeza na wywiad przeprowadzony przez Deisy Francis Mexidor, z dziennika Granma, w sobotę 3 sierpnia 2010 z kierownikiem Odziału Intensywnej Terapii Szpitala Uniwersyteckiego im. Arnaldo Milián Castro.

(Guillermo Fariñas podyktował odpowiedź telefonując do Licet Zamora Carrandi)

Dziennikarka Deisy Francis Mexidor umyślnie uniknęła wymienienia personelu medycznego jaki opiekuje się Guillermo Fariñasem Hernándezem a są to: dr Armando Caballero López kierownik Odziału Intensywnej terapii i lekarz specjalista II stopnia; dr Elías Becker García, lekarz specjalista II stopnia w żywieniu parenteralnym; dr Luis Alberto Pérez Santos, lekarz specjalista II stopnia w zakresie anestezjologii i intensywnej terapii; dr Mauro López Ortega, lekarz specjalista II stopnia w zakresie anestezjologii i intensywnej terapii; dr Mario Rodríguez Domínguez, lekarz specjalista II stopnia w zakresie anestezjologii i intensywnej terapii; dr Rodolfo Delgado Martínez; dr Israel Serra Machado; dr Ernesto Fernández Aspiolea, lekarz specjalista I stopnia w zakresie anestezjologii i intensywnej terapii; dr Marcos Castro Alonso, lekarz specjalista I stopnia w zakresie anestezjologii i intensywnej terapii; dr Yoniel Rivero Lóbrega, stażysta trzeciego roku z dziedziny intensywnej terapii oraz dr Carlos Herrera Cartaya, który z powodu pełnienia misji w Wenezueli nie stanowi części personelu lecz znajdując się na Kubie z wizytą asystuje codziennie rano w dyskusjach personelu medycznego dotyczących rozwoju Guillermo Fariñasa, odnośnie doświadczenia z lat poprzednich z różnych stajków jakie prowadził.

Profesor Armando Caballero popełnił mały błąd ponieważ ja zacząłem 11 marca ważąc 53 kilogramy i czasami osiągałem nawet 69,75 kilogramów. A wszystko to dzięki doktorowi Elíasowi Beckerowi, to daje nam pewność, że Orlando Zapata Tamayo został zamordowany ponieważ zapewniając mu taką opiekę medyczną jaką dziennik Granma pisze, że mnie zapewniono, w tej chwili nie byłby nieboszczykiem.

Uniknęła wyjaśnienia powodu mojego strajku oraz wyjaśnia się w dzienniku, że jest to samobójstwo a nie tłumaczy się jego czytelnikom że Guillermo Fariñas jest w trakcie strajku głodowego od 24 lutego domagając się zwolnienia warunkowego 25 z 26 więźniów politycznych, którzy znajdują się w więzieniach Kuby jako więźniowie sumienia oraz są w złym stanie zdrowia.

Uważam, że odnośnie mojego stanu zdrowia użyli humanitaryzmu lekarzy aby przygotować międzynarodowe środki masowego przekazu do mojej rychłej śmierci. Jestem świadomy mojej nadchodzącej śmierci i uważam to za honor gdyż staram się uratować życia 25 więźniów politycznych i więźniów sumienia ponieważ ojczyzna potrzebuje ich jako przywódców. Jedynymi odpowiedzialnymi mojej przyszłej śmierci są bracia Fidel i Raúl Castro. Wierzę, że personel medyczny i ratownicy medyczni się mną zaopiekują. A to dlatego że odmówiłem wielu ofert jakie mi złożono abym leczył się w innym kraju. Chcę umrzeć w mojej ojczyźnie pod nosami dyktatorów, którzy posiadają pistolety, karabiny, armaty i bomby. Mam tylko moralność człowieka pochodzącego z nizin społecznych, oszukiwanych i podległych przez 51 lat tym, którzy posiadają broń, siłę i prawa totalitarne oraz którzy tam z góry źle rządzą.

Guillermo Fariñas Hernández

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

sobota, 3 lipca 2010

Wakacje

Zdjęcie: Claudio Fuentes Madan

Będę kilka dni poza zasięgiem, będę pisać ale nie tak często. Muszę trochę odpocząć, ciało i dusza mnie o to proszą. Jednak proszę się nie martwić, czuję się dobrze.

wtorek, 29 czerwca 2010

Zimna woda i wieczny dług

Zdjęcie: Ciężarówka ze starymi lodówkami w mojej dzielnicy.

Amelia ma około 50 lat i żyje sama, jej mąż zmarł w Angoli i od tej pory otrzymuje nędzną rentę za pośrednictwem Stowarzyszenia Kombatantów. Skoro nie pracuje dla rządu i choć wciąż jest w wieku produkcyjnym kilka razy próbowano odebrać jej marne 200 pesos jakie otrzymuje z tytułu "pomocy finansowej".

Od kiedy zmieniła swoją lodówkę, życie się skomplikowało: ma zimną wodę ale też dług wobec państwa w wysokości 2000 pesos, w trzydziestu ratach miesięcznych plus odsetki za opóźnienie, których nie była w stanie spłacić. Od kilku miesięcy co tydzień w swoim domu przyjmuje "inspektora", który informuje ją o jej bardzo złej sytuacji. Wszystko zaczęło się mandatem za nie zapłacenie właściwej należności. Skoro to nie zadziałało, przyszło ostrzeżenie o zabraniu lodówki a w końcu groźba procesu sądowego.

Amelia wie, że nie zdoła zebrać tej sumy a komornik, stając się bardziej ufny po spojrzeniu jej w twarz wyznał, że też nie dał rady wypełnić jego zobowiązania zapłaty.

W pewnym dziwnym "Roku Rewolucji Energetycznej", epitet jaki pisano pod datą każdego urzędowego pisma i na tablicach szkolnych, Fidel Castro zdecydował odnowić sprzęt AGD w naszych domach. Energia nigdy nie dotarła, ale nasze żarówki, wentylatory i lodówki zostały wymienione na nowe, wraz z zobowiązaniem spłaty w ratach.

Kilka lat później, raczej wysoki procent Kubańczyków jest winien tysiące pesos rządowi, Partia Komunistyczna na swych zebraniach domaga się od swych członków aby "czuwać nad wypełnianiem zobowiązań w swych ośrodkach i dzielnicach" i także mimochodem "wyrównać swoje własne należności aby dać przykład". Ale po 50 latach, będąc członkiem Partii lub nie, wspólnym mianownikiem każdego zwykłego Kubańczyka jest niewypłacalność a ta upadłość rodzimej ekonomii jest wynikiem złego zarządzania rządu, który teraz wymaga abyśmy płacili czego nigdy nie zarobiliśmy.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

sobota, 26 czerwca 2010

Granice cynizmu

Zdjęcie: Claudio Fuentes Madan

Jedną z cech charakterystycznych osoby racjonalnej jest umiejętność rozpoznawania swoich własnych granic tak jak i innych, które z przyczyn logicznych powinny być szanowane aby koegzystencja funkcjonowała możliwie jak najbardziej harmonijnie. Choć jednak, niektóre grupy mojej społeczności przekraczają codziennie granice ludzkiego cynizmu, a straż przednią tego ruchu niewątpliwie pełni rządowe dziennikarstwo i jego wybitne Noticiero Nacional.*

Jedna z ostatnich zmian dokonanych przez naszego mianowanego prezydenta to pewna modyfikacja w prawie emerytalnym: z dnia na dzień, bez krzyków, bez wrzawy, bez protestów i bez gorliwych związków zawodowych domagających się wyjaśnień, my Kubańczycy spostrzegliśmy, że nasze prawo do przejścia na emeryturę wydłużyło się z wieku 60 do 65 lat dla mężczyzn i z 55 do 60 dla kobiet. A więc "masa pracująca" socjalistycznego raju, ot tak, połknęła z goryczą bolesny łyk rządowego nadużycia i wzięła na siebie swoje dodatkowe pięć lat aktywnego życia zawodowego.

Ale dla niektórych nigdy dość upokorzeń, wczoraj w narodowej telewizji puścili krótki reportaż o "dziesiątkach tysięcy manifestacji" francuskich jakie wyruszyły na ulice aby protestować przeciw planom rządu tego kraju do uchwalenia podobnego prawa, które kilka miesięcy temu zostało nam narzucone.

Słodki głos reporterki umilał relację z pewnej paryskiej ulicy zajętej przez strajkujących: "pracownicy francuscy protestują przeciw staraniom rządu o wydłużenie wieku emerytalnego o dwa lata".

Gdzie sięgają dalekie horyzonty rządowego cynizmu? Będzie to akt sadyzmu Rząd kontra Społeczeństwo czy zwyczajne lenistwo władzy, która zapomina posłodzić pigułkę dla swych poddanych? Czy Komitet Centralny Partii chce pokazać swą bezkarność wobec ludzi pracujących? Można by uznać to za ironię chłopaków z DOR (Departamento de Orientación Revolucionaria), którzy też nie chcą iść na emeryturę pięć lat później niż planowano i zostawiają nam informacje między wierszami aby podnieść na duchu?

Nie znam właściwej hipotezy, ale jakakolwiek by nie była, nie oznacza więcej jak okrutny sarkazm skierowany w nas: od prawie pięćdziesięciu lat nie protestujemy przeciw naszym prawom pracowniczym.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

środa, 23 czerwca 2010

W szpitalu

Zdjęcie: ubikacja jednej z sal Kliniki Chirurgicznej na ulicy 26

Marta jest zmęczona szpitalami. Ma, jak większość rodaków, pecha co do publicznej służby zdrowia. Jeden z filarów rewolucji, w której się urodziła, ukazuje się jej jako robaczywy budynek w swej cudownej statyce, filar destrukcji.

Przed kilkoma tygodniami opiekowała się krewnym w szpitalu Calixto García. Wśród wszelkich przeciwności: surowice jakich potrzebował pacjent były kupowane na "czarnym rynku", większość lekarstw "reglamentowanych" i opieka nadzorowana przez odpowiednich krewnych. Po usilnych staraniach zdołali przypomnieć pielęgniarce o odpowiednich godzinach kuracji, nauczyć się nazwy każdej pastylki i stwierdzili, że w celu unikania odleżyn sami będą się nim zajmować.

Skoro rzadko była woda, przynieśli wiadra; skoro nie było jak jej zagrzać do kąpieli, kupili grzałkę; skoro było za ciepło w pokoju, pożyczyli wentylator. Przynieśli wszystko: mydło, prześcieradła, posiłki, fotel dla osoby towarzyszącej, krem, alkohol, witaminy i watę.

Jedyny problem jaki został nierozwiązany to zator w łazience: ale fakt, że w toalecie zawsze była śmierdząca zielono-czerwona woda i kran z umywalki był ciągle zepsuty, mógł być uznany za nic, mając na uwadze warstwę tłustego brudu w całym lokalu, zniszczone okna i kable zwisające z prowizorycznego sufitu.

Marta powiedziała mi, że pobyt ten zakończyła wyczerpana: jedno o co prosi niebiosa to umrzeć na zawał we własnym domu, bez konieczności cieszenia się wygodami kubańskiej służby zdrowia.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

niedziela, 20 czerwca 2010

Dzień Ojca


W przeddzień Dnia Ojca i jako podziękowanie za marsz motocyklistów z miasta Miami dedykowany Damom w Bieli, czworo z nich zrobiło symboliczny przejazd przez Malecón.


Było to w Dzień Ojca kiedy po raz pierwszy usłyszałam jak mówiono o Damach w bieli. El Ciro i Claudio Fuentes kręcili film dokumentalny o kubańskiej opozycji, jako odpowiedź na trwającą trzy dni telenowelę fikcji w związku z dysydentami, którą puszczano w programie Mesa Redonda (Okrągły Stół - przyp. tłum.).

Nigdy nie zapomnę kontrastu pomiędzy wywiadami z tego dokumentu a zmanipulowanymi obrazami telewizji kubańskiej. Pewien mój przyjaciel zawsze mówi, że roztropność pozwala nie wierzyć temu o czym mówi się tylko z jednej strony a ja mu odpowiadam: Dokładnie, żyję w absurdalnym kraju. Pomimo wiedzy, że oficjalna prasa kłamie, gdy po raz pierwszy potwierdziłam moje domysły, przyjemność była nieopisana: miałam dowód.

W sobotę, przeddzień Dnia Ojca, poszłam przywitać Damy, znaczy te, którym zawdzięczam moje najgłębsze zadowolenie. Podczas dwudziestu czterech godzin świętowania one będą glosami ojców, którzy nie będą mogli pobawić się ze swoimi dziećmi, a ich białe ubrania przypomną że za kratami socjalistycznego raju są ludzie sprawiedliwi. Pablo Pacheco nie będzie mógł pobawić się ze swoim synem Jimmym. Jednak nie będzie sam: w pewnym kościele w stolicy grupa kobiet będzie się modlić aby w przyszłym roku mogli być razem.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

piątek, 18 czerwca 2010

Psy

Zdjęcie: Claudio Fuentes Madan

Tylko raz w życiu zemdlałam: szłam ulicą 23 i zobaczyłam jak samochód przejechał psa. Kierowca i jego kolega wysiedli z samochodu, złapali zwierzaka za łapy i umierającego wrzucili do kosza na śmieci około metr ode mnie. Ostatni obraz jaki zapamiętałam przed upadkiem: poturbowany, zakrwawiony pies leżący między odpadkami podczas gdy moje uszy wyłapywały piski opon oddalającego się z całą prędkością moscovicha. Kiedy się obudziłam byłam w moim łóżku: koleżanka, która mi towarzyszyła zdołała wpakować mnie do taksówki i zostawić całą i zdrową, choć nie do końca przytomną w drzwiach mojego domu.

Być może to wydarzenie naznaczyło moją obsesję co do psów z ulicy: serce mi się kraje, czuję się bezsilna nie mogąc przygarnąć wszystkich, drżę widząc je biegające po ulicach. Pewnego dnia mój znajomy - całkiem pesymistyczny co do przyszłości tego kraju - wyśmiewał się z mojego postrzegania zwierząt: jednak wielkie jest zobojętnienie jakie naród dźwiga na swych barkach a psy stały się bezpośrednimi ofiarami tego fenomenu narodowej apatii: pokryte świerzbem, poranione, nad wyraz chude i zatłuszczone tworzą część codziennego krajobrazu jak drzewa czy ptaki.

Okropność ich sytuacji widzi się powiększoną o sytuację ich rodaków świata zwierzęcego, sąsiadów z zoo na ulicy 26: poza tym że chude, zabrudzone i na wpół chore to żyją w klatkach zbyt małych na ich rozmiary (sufit z siatki jaki zamiast nieba mają sokoły i orły jest naprawdę przygnębiający) i czasami są same, daje to wrażenie, że są tam tylko po to abyśmy się uczyli fundamentów złego traktowania zwierząt.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

sobota, 22 maja 2010

Bez prawa do pokazywania twarzy

W wiadomościach telewizji narodowej stało się już codziennością pokazywanie grup obywateli protestujących w różnych miejscach świata. Dla nas Kubańczyków, okazuje się ironicznym oglądanie spontanicznie poruszonych części jakiegoś społeczeństwa w wiadomościach jedynego systemu informacyjnego do jakiego mamy prawo. Jest to jednocześnie satysfakcjonujące: można poczuć, że tam gdzieś są osoby rzucające wyzwanie władzy poprzez działania obywatelskie; jak i zasmucające: nagle zdajemy sobie sprawę ze strasznej samotności w jakiej Rząd nas pozostawił, maluczcy naprzeciw wszechobecnego.

Innego dnia pokazywano zdjęcia z pewnego protestu imigrantów w Stanach Zjednoczonych i niektórzy z imigrantów wypowiadali się przed kamerami. Pewna kobieta w wieku około czterdziestu lat skarżyła się: spędziła wiele lat w kraju i do tej pory nie miała dokumentów i jeśli władze imigracyjne znalazłyby ją, deportowano by ją do jej kraju. Patrzyłam w telewizor i pomyślałam - czasami ta wyspa rośnie w moich myślach i zapominam o malutkiej przestrzeni jaką zajmujemy na tym świecie - Jak może mówić to przed kamerami? Teraz agenci będą mieli jej portret i zaczną jej szukać gdziekolwiek by się nie schowała!

Zapomniało mi się, że urzędnicy imigracyjni, władze wywiadowcze i kontrwywiadowcze, prawa, rząd, prasa i syndykaty nie odpowiadają jednej całości, ani też jednej partii, ponad to o tym, że policja polityczna - błogosławiona wolność - nie istnieje. W moim kraju na przykład, konsulat kubański w Hiszpanii wykonuje krecią robotę i wysyła tajnym służbom kubańskim i Ministerstwu Spraw Wewnętrznych zdjęcia, aby wiedzieli "kto zachowuje się dobrze tam za granicą a kto nie", strażnicy otrzymują bezpośrednie rozkazy od Urzędu Bezpieczeństwa aby niektórzy "skomplikowani" obywatele nie mogli dostać się do instytucji publicznych, rządowi dziennikarze są zwalniani z pracy za publikację głosów krytyki ideologii rządowej, ci którzy ośmielą się zakomunikować coś nie prosząc o zgodę mogą pewnego dnia obudzić się z wyrokiem dwudziestu lat więzienia a przeciwnicy polityczni ze złością i w odwecie całego Komitetu Centralnego Partii zwalają wszystko na ich głowy.

Patrzę na nielegalnych imigrantów w Stanach Zjednoczonych ze swymi transparentami i oczami pełnymi nieustępliwości i wzbudza to we mnie lekką zazdrość, wiem że moja sąsiadka nigdy nie odważyłaby się powiedzieć zza okularów tego co ta kobieta kończy wykrzykiwać światu. Moja sąsiadka nie obawia się deportacji, ma dowód osobisty, legalny adres zamieszkania i twarz, która niewątpliwie, w żadnym wypadku nie pokazałaby sprzeciwu.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

czwartek, 20 maja 2010

Bezkarność zielonego

Zdjęcie: Claudio Fuentes Madan

Moja koleżanka jechała przed siebie podczas gdy ja, u jej boku, korzystałam z rzadkiej okazji przemierzania Hawany samochodem. Zmierzchało się, przemierzałyśmy ulice 41 i 42 aby dotrzeć do alei 23 na Vedado. Nagle jakaś Łada zatrzymała się pompatycznie na środku 41 uniemożliwiając przejazd - nam oraz tych co jechali za nami.

Zobaczyłam rękę mojej koleżanki zbliżającą się impulsywnie do klaksonu podczas gdy jej oczy, posłuszne metodom bardziej racjonalnym, skierowały się na blachę "pana ulicy". Kilka tylko sekund upłynęło aby jej palce ześlizgnęły się powoli, bez najmniejszego odgłosu, w kierunku jej ud.
Powiedziałam jej ironizując:

- Bezkarność zielonego.

Ale spojrzała na mnie oczyma tak pełnymi smutku, co przeobraziło mój sarkazm w akt sadyzmu. Poczułam żal.

W zwolnionym tempie ruszyła drążkiem zmiany biegów aby wycofać. Pośród "puf", "puf", "puf" tłumika zmieniłyśmy pas ruchu i powolutku minęłyśmy wojskowego przejeżdżając obok, który nawet nie dostrzegł za sobą kolejki i spokojnie sobie rozmawiał.

Nie dałam rady zobaczyć jego twarzy, ale za to zegarek na jego nadgarstku, który oświetlał całą ulicę jak ząb Pedra Navajy*.

Przypomnienie: Zielona tablica rejestracyjna należy do samochodów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Przyp. tłum.: Pedro Navaja jest hiszpańską wersją piosenki "Mack the Knife", w której Peter Knife ma złoty ząb który błyszczy gdy ten się śmieje.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

wtorek, 18 maja 2010

Czysta frajda

Zdjęcie: Penúltimos Días

W grupie znajomych rozmawialiśmy o protestach. Było o wszystkim: o radykałach, o umiarkowanych i o "naiwnych", ja byłam - nie trzeba tu wspominać - w grupie tych pierwszych. Pewna dziewczyna opowiadała, że kiedy ona chodziła na marsze, przykucała na pierwszym trawniku jaki zobaczyła i że nie wykrzyczała ni jednego hasła. Inna mówiła jak to w swoim Komitecie Obrony Rewolucji (CDR - Comité de Defensa de la Revolución) opowiadała, że pierwszego maja maszerowała ze swoimi kolegami z pracy, podczas gdy im mówiła coś zupełnie przeciwnego. Jeden chłopak opowiedział jak zostawił swoją byłą dziewczynę: zadzwoniła do niego, że nie mogła go zobaczyć tego wieczoru, była umówiona na wiec przeciw Damom w Bieli, którego nie mogła przegapić. Kłócili się i związek skończył się zanim skończyła się rozmowa telefoniczna. Inna, bardziej subtelna, montażysta amator zdjęć cyfrowych, pokazywała w swoim związku zawodowym "perfekcyjny" dowód swojej obecności na pochodzie.

W tym momencie jedna z obecnych osób opowiedziała o swym udziale w pewnym dziwnym proteście przeciw ambasadzie Czeskiej. Wyszczególniła niektóre hasła tam wykrzykiwane, między innymi: "precz sługusom" i zakończyła mówiąc: -Jeśli oni by tylko wiedzieli jak mało obchodzą nas powody protestu, jesteśmy tam bo nie zostaje nam nic innego i bawimy się w rytmie bębnów.

Mało co nie zemdlałam wobec tak wielkiego barbarzyństwa. Jak ktoś może być tak nieświadomy? Wychodzi na to, że od teraz ofiara protestu -ten, na którego wykrzykuje się obelgi, sprośności a w najlepszym przypadku slogany polityczne- ma "domyślić się", że okrzyki nie są tym czym się wydają, tylko pospolitą imprezą studencką o szarym temacie ulatującym w pustkę?

Zapadła cisza, przez kilka sekund wszyscy patrzyliśmy na nią z przygnębieniem i ktoś zdobył się na pytanie: -Kogo obchodzi, że bawisz się kosztem wstydu innych? Ale dziewczyna nie zrozumiała: -Nie wiem. Myślisz, że ludzie z ambasady się tym przejęli?

Wszyscy znaleźliśmy wymówkę aby sobie pójść. Ja nie powiedziałam jej nic, może zacznie analizować sprawy kiedy zakrztusi się krzykiem rzucanym w moją twarz.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

sobota, 15 maja 2010

Moje życie bez ucieczki

Zdjęcie: El Guamá

Przed prawie sześciu laty zdecydowałam nie uciekać i dziś dokładnie jest dzień, w którym ze spokojem rozmyślam o tej chwili. Nie była to decyzja patriotyczna, ani konformistyczna, ani tchórzliwa raczej całkowicie nierozważna. Wciąż nie znajduję choć jednego powodu jaki usprawiedliwiłby to "ja zostaję", który wyjaśniłby to wszystkim. Mówią, że nie może spędzić reszty swego życia bez miarkowania konsekwencji swoich działań, a ja, na szczęście zawsze to wiedziałam: nie wyjeżdżać oznaczało dryfować na uszkodzonym statku i ponad to zdawać sobie sprawę z tego że nie zamierzam milczeć ani na chwilę kiedy będzie tonął (zawsze byłam trochę buntownicza).

Rzuciłam kością memu przeznaczeniu i puściłam numer na chybił trafił, które mnie nie dręczyły: byłam szczęśliwa. Kiedy przekreśliłam moje możliwe życie "na zewnątrz" - interesujące to wyrażenie jakie zostawiły nam geografia i rewolucja "my w środku, a reszta wszechświata na zewnątrz" - nie zostało mi wiele opcji: móc spędzić resztę moich dni wchodząc po schodach oportunizmu lub wypełniając niepotrzebne papiery w Dziale Wynagrodzeń Ministerstwa Edukacji. Nie odpowiadała mi żadna z nich i zakończyłam na znalezieniu recepty na przeżycie codziennego Armageddonu, tak aby nie uszkodzić za bardzo swej duszy, nigdy więcej nie myślałam o wyjeździe.

Ale pewnego dnia nie wystarczyły mi moje szczelnie zamknięte okna, moja prawie perfekcyjna strategia bycia niewidzialną, moja ogromna radość odkrywając, że moi sąsiedzi nie wiedziały czy jestem, czy nie i mój świat wewnątrz czterech ścian: sprawy działy się nie dosięgając mnie, źle płatna praca i - nader wszystko - gromada złowrogich postaci w mojej głowie nie pozwalała powtarzać sobie że byłam nieodłączną częścią Rewolucji, która stawała się coraz starsza, opieszała i wszechobecna. Zdecydowałam założyć blog ponieważ moja bańka pękła i nad tym też zbytnio nie rozmyślałam.

Dziś patrzę na moją odmowę pozwolenia wyjazdu i czuję spokój: nie bolało mnie, nie byłam zaskoczona. To jest długa linia, którą rysowałam moją drogę, pewność, że nie pomyliłam się, dowód, jaki rząd kubański zadał sobie trud doręczenia mi abym wiedziała że zdołałam, pomimo ich Partii i ich Rządu, ich bezpieki i ich bezkarności, żyć jako wolna kobieta.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

piątek, 16 kwietnia 2010

Wojna medialna przeciw komu?

“nie lubię mówić kraje, wolę mówić rządy”
Reinaldo Taladrid, program TV "Mesa Redonda*" z dnia 15 kwietnia 2010

Tak jak Taladrid ja też wolę mówić rządy a nie kraje, przede wszystkim kiedy mówi się o moim rządzie a nie o kraju. Taki jest argument tak zwanej "Wojny medialnej przeciwko Kubie", która w tym przypadku w rzeczywistości byłaby "przeciwko Rządowi Kubańskiemu", nie wiem jak ten szczegół mógł umknąć wybornej grupie specjalistów. Przysięgam, że wolałabym odpowiadać poważnymi argumentami, zapalczywie przeczyć oszustwom, wykrzyczeć prawdy, których im nawet nie pozwalają obalać kłamstwami - nawet aby fałszować, pozbawiać wartości i manipulować mają związany język - ale nie dam rady, uważam to za zbyt śmieszne.

Poza szalonymi zwrotami "szlaku pieniędzy" - oczywiście bardzo trudne do osiągnięcia, według samego Lázaro Barredo "ostateczni odbiorcy" subwencji północnoamerykańskich nie są znani - teoriami konspiracyjnymi o "oddziale cyberdysydentów" i przekręconymi hipotezami o istnieniu Dam Wsparcia: zdołałam zobaczyć półtora godziny programu Mesa Redonda do końca.

Ku mojemu zaskoczeniu dowiedziałam się kilku nowości:

- Program telewizyjny powoduje u mnie silny ból głowy.
- Rosa Miriam Elizalde nie jest wiarygodna ponieważ nie może mówić nazwisk.
- Barredo staje się dwuznaczny, mówi że "przemysł zła istnieje pięćdziesiąt lat" ale nie wyjaśnia gdzie jest jego stolica.
- Randy denerwuje się słysząc jak ktoś wspomina o "Bercie Soler".
- W Hiszpanii istnieje nostalgiczna grupa - solidaryzująca się z rządem kubańskim - zwana "Stowarzyszenie 26 sierpnia".
- Użycie słów blog i bloger zastało już oficjalnie potwierdzone.
- Pewien francuz, jak się okazało, stał się popularny po publikacji zmanipulowanego wywiadu, ale nie może przedstawić nam o nim szczegółów ponieważ w telewizji kubańskiej definitywnie zabronione jest mówić "Yoani Sánchez".

*Mesa Redonda - Okrągły Stół

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

środa, 14 kwietnia 2010

Polemika epistolarna

Zdjęcie: Generación Y

Pierwszą odpowiedź Carlosa Alberta Montanery udzieloną Silvio Rodríguezowi przeczytałam tak jak czytam inteligentne odpowiedzi jakie wielu intelektualistów udziela czasem obrońcom rządu kubańskiego. To czego nigdy nie potrafiłam sobie wyobrazić to odpowiedź Silvio, nie jest typowym aby "reprezentanci" mojego kraju odpowiadali cywilizowanymi argumentami.

Od dnia 9 czerwca pierwszym co robię kiedy łączę się z Internetem - i jest to całkowicie niezwykłe ponieważ zawsze jako pierwszy otwieram mój blog - jest sprawdzenie kto odpowiedział komu. Ta wymiana listów ekscytuje mnie na tyle, że widzę siebie samą klikającą po stronach dla siebie zakazanych w imieniu internetowej higieny, takich jak Kaos en la Red oraz Rebelión. Poeta jedną prostą odpowiedzią spowodował upadek mego muru nietolerancji, gdzie odpowiedź ta choć fanatyczna w swej treści była bardzo otwarta przez prosty fakt istnienia.

Nie mogę powiedzieć, że Silvio Rodríguez na zakończenie polemiki - były deputowany Zgromadzenia Narodowego Władzy Ludowej - mnie rozczarował. Nie ma rozczarowania gdzie nie ma Wiary. Jednak pewna naiwność uśpiona jakiś czas temu, odrodziła się we mnie podczas tej wymiany, szkoda że została zmiażdżona przez zwięzła trzecią odpowiedź. Spojrzałam na ekran komputera i schodząc na ziemię powiedziałam: Jak mogłaś być tak naiwna dziewczyno, jak mogłaś myśleć, że coś by się ruszyło w jakąkolwiek stronę?

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Dbać o mózg

Zdjęcie: Claudio Fuentes Madan

Warto jest wykonywać ćwiczenia, nie palić, nie pić, nie przejmować się zbytnio sprawami doczesnymi i nie mieć obsesji na punkcie dnia jutrzejszego. Chociaż ja nie utożsamiam się z żadnym z tych założeń mam pewną receptę - nie tak zdrową dla ciała, ale jakże zdrową dla umysłu - która uratowała mnie nie raz: nie dam sobie wyprać mózgu, wolę tęsknić za prawdą niż żyć zasypiając w kłamstwie.

Pamięć jest zwodnicza i nie zdołam przypomnieć sobie właściwej chwili w której, prawdopodobnie siedząc przed telewizorem powiedziałam: "Ci mężczyźni, to jest fakt, okłamują mnie". Z drugiej strony i całkowicie wbrew mej woli, jak hieroglify mam wyryte liczne komunikaty, jakie przeczytałam będąc wzorową pionierką, plakaty które przyklejałam "Głosuję za Wszystkich", włączając w to łzy jakie wypłakałam za tamtego nieznanego Che, który został zamordowany - według mojej edukacji w szkole podstawowej - abym mogła być szczęśliwa.

Po tych dziwnych wspomnieniach o mnie samej - inna ja, nieznana i na szczęście dość mała - mam czarną dziurę tak wielką jak wszechświat a moja następna scena, odnoście do poprzedniego akapitu, jest dość antagonistyczna, perfekcyjny przykład mieszaniny obrazków traumatycznych wspomnień:

Jestem na korytarzu w szkole średniej gdzie uczęszczałam, rozmawiałam z grupą nauczycieli gdzie jest obecna przewodnicząca FEEM (Federación de Estudiantes de Enseñanza Media - Związek Uczniów Szkół Średnich - przyp. tłum.). Rozmowa jest napięta, ale charakter rozmowy grzeczny, ona mi mówi:
- Myślę, że sprawy mogą się polepszyć, na zebraniach mówię co myślę, próbuję robić co mogę.
- Ty będziesz taka, ale wydaje mi się, że bycie w Młodzieży jest w większości czystym oportunizmem.

Chciałabym wiedzieć co stało się w samym środku. Co przeczytałam, co przeżyłam, co widziałam? Próbuję i próbuję ale nie potrafię sobie przypomnieć. Prawdopodobnie nie zdołam przywołać sobie tego nigdy, choć nauczyłam się czegoś: jesteśmy tym co myślimy, nie jest nam danym luksus zapomnienia.

Piosenka Ciro “Maniobras”, z płyty “Cuando amanezca el día



Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

sobota, 10 kwietnia 2010

Koniec kursu

Wiem, że słowa są banalne, ale kiedy zaczęłam pisać mój blog nie sądziłam, że poznam tak cudowne osoby. Nie pamiętam pierwszego razu kiedy weszłam do domu Yoani Sánchez, ale zapomnieć nigdy bym nie mogła tych czterech miesięcy akademii blogerów - rozpaczam ponieważ kurs zaczyna się od nowa, postaram się uczęszczać jako wolna słuchaczka na następny. Zajęcia mecenasa Vallína, wykłady Dagoberto Valdésa, Kultura Kubańska Miriam Celaya, Dziennikarstwo Reinalda Escobara, w końcu, przestrzeń wymiany, jaką Yoani Sánchez stworzyła naznaczyły mnie na całe życie.

Wiem, że wszystko przemija, Kuba w której się urodziłam będzie innym krajem, ludzie będą mogli się swobodnie wypowiadać a o tych pięćdziesięciu latach ostatniego stulecia będzie się nauczać w szkole tak jak dziś przyswaja się historię epoki średniowiecza. Być może przyjaciele moich wnuków będą się zanudzać gdy ja niczym automat powtarzać im będę historie, które dziś wytaczają ścieżkę mojego życia, kiedy opowiadać im będę, że był tylko jeden prezydent, tylko jedna partia, tylko jeden serwis informacyjny... Chociaż z uporem będę powtarzać anegdoty z mieszkania czternastego, w którym po raz pierwszy widziałam ludzi wolnych, w którym po raz pierwszy wypowiadałam się bez strachu, w którym niewątpliwie czułam ogromną radość wyrażania się bez poczucia bycia osądzaną.

Pokażę mój dyplom i będę się cieszyć jak pomyślą, że jestem szalona, że nie będą pamiętać, nie będą się bać, nie odziedziczą w swych genach wspomnienia o epoce, w której myślenie było przestępstwem.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

środa, 7 kwietnia 2010

Kije, metalowe pręty i kable?

contrarrevolu

Przeczytałam dokument, którego nazwa to Plan przeciw zakłócaniu porządku i rozruchom kontrrewolucyjnym, list konwokacyjny nawołujący do tworzenia brygad szybkiego reagowania w ośrodkach pracy. Na szczęście dla nas - cywili - dokument wyciekł i mogłam dowiedzieć się, że oficjalnie mogę zostać zaatakowana stalowym prętem przez jakiegoś "pracownika".

Próbuję zachować zdrowy rozsądek, to straszne nawoływanie do społecznego linczu przypomina mi - pomimo niskiego poziomu przedstawionego planu działań, jeśli by porównać - tamten plakat z restauracji El Polinesio zatytułowany “Filozofia walki naszego narodu”.

Pytam się jak jest możliwym, że panowie, którzy dziś rządzą moim krajem byli zdolni do zezwolenia ludziom na bicie, używanie przemocy a nawet zabicie - więcej jak zezwolili, nawet nawołują do morderstwa, nie mogę wyrzucić z mojej głowy przerażającego zestawienia słów: m-e-t-a-l-o-w-y p-r-ę-t aby u-d-e-ż-a-ć, wszystko to aby utrzymać się u władzy, aby zdobyć to czego odmawia im właściwa natura ludzka: wieczność, boskość, władza absolutna.

Czy prezydent oszalał? Kto zredagował to wezwanie do wojny domowej w imieniu kubańskiego rządu? Czy to Partia Komunistyczna jest tą, która naciska na swych członków aby fizycznie atakowali innych ludzi? Kto - boże mój i niech mnie nazwą naiwną - ma odwagę, jest na tyle bezczelny i bestialski aby być częścią, czy choćby zgadzać się z tym "postmodernistycznym" gronem wolontariuszy.


Tłumaczenie załączonego dokumentu:

Strona 1/6

PLAN PRZECIW ZAKŁÓCANIU PORZĄDKU I ROZRUCHOM KONTRREWOLUCYJNYM

Jednostka: X

Strona 2/6

I. Cel.

Organizować wszelkie środki niezbędne, skierowane do odpierania zakłócania Porządku i Rozruchów Kontrrewolucyjnych jakie mogły powstać w pobliżu Jednostki.

II. Krótka ocena możliwych zakłóceń porządku i działań kontrrewolucyjnych.

Bierze się pod uwagę możliwość wystąpienia manifestacji kontrrewolucyjnych, nie zważając na możliwość realizacji działań im przeciwnych, mające na celu uszkodzenie lub działanie przeciw nienaruszalnemu bezpieczeństwu naszych pracowników i naszych klientów ażeby wywołać w nich niepewność i wpływać na naszą ekonomię.

III. Działania mające na celu odpieranie zakłóceń Porządku i Rozruchów Kontrrewolucyjnych.

1. Nieprzerwanie obserwować strefy możliwych zakłóceń porządku i rozruchów kontrrewolucyjnych.
2. Wyznaczać i utrzymywać siły Jednostki zorganizowane w proste uzbrojenie dostępne w miejscach okolicznych w uzgodnieniu z położeniem personelu.
3. Likwidować wszelkie powstałe zakłócenia i rozruchy.
4. Tłumić ogniska rozruchów jakie powstaną i udzielać pierwszej pomocy rannym w wyniku starć.
5. Informować na bieżąco Dowództwo organizacji wyższej, do której należy, jak i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych o sytuacji zaistniałej w danym czasie.

- Sektor Wojskowy OG. .......................
- Administracja Centralna - MININT PNR
- Kierownictwo Firm i Przedsiębiorstw,
- Straż Pożarna
- OLPP PM….

Strona 3/6

IV. Struktury sił.

Do wykonania działań organizują się pracownicy, którzy są w trakcie pracy i jeśli sytuacja tego wymaga w miarę możliwości zawiadamia się pozostałych pracowników, którzy mają wolne od pracy.

V. Uzbrojenie.
- Pałki
- Metalowe pręty
- Kable

Załączniki.

1. Schemat ochrony i obrony Jednostki.
2. Plan środków do użycia w celu tłumienia zakłóceń Porządku i Rozruchów Kontrrewolucyjnych oraz obrony Jednostki.
3. Plan Zawiadamiania Jednostek.
4. Dokumenty współpracy.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

To czego nie chcę

Zdjęcie: Claudio Fuentes Madan

Zdumiewające okazuje się to, że w społeczeństwie świeckim zabicie krowy przez prawo karane jest osiemnastoma laty pozbawienia wolności a bardziej absurdalnym, że za zabicie człowieka pozbawia się tylko dziesięciu lat; podczas gdy niezależnemu dziennikarzowi na barki mogą zarzucić dwadzieścia pięć.

Na fundamencie tych absurdów prawnych żyjemy wszyscy wobec tego absurd codzienny: kupić wołowinę na czarnym rynku może być dla obywatela groźniejsze niż bycie świadkiem zabójstwa, czytanie niezależnego blogu wiąże się z tym samym ryzykiem co zjedzenie steku.

Można by powiedzieć, że osoba która czyta prasę międzynarodową - znaną w oficjalnych mediach jako prasa wroga - podczas wkładania czerwonego mięsa do ust jest obywatelem nierozważnym. Według prawa nie ma żadnej wątpliwości i, niech wybaczą mi osoby wykształcone, wyobrażenie sobie tego okazuje się skrajnie zabawnym.

Nie chcę zestarzeć się żyjąc w tym absurdzie, nie chcę umrzeć z emeryturą wysokości dwustu pesos kiedy moje dzieci zaharowują się na śmierć jako nielegalni imigranci gdzieś w świecie, nie chcę włączyć telewizora i widzieć twarzy Randiego*, nie chcę aby moją sąsiadkę obchodziło czy ja głosuję czy nie głosuję, nie chcę aby moi przyjaciele mówili mi raz i drugi przez telefon: mówiłem ci osobiście, że tu nie mogę, nie chcę - szczerze nie chcę - obserwować jak moje życie przemija tak jak widziały to pokolenia mnie poprzedzające.

*(przyp. tłum) - Randy Alonso prowadzący program telewizyjny The Roundtable

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

sobota, 3 kwietnia 2010

Mniej niż minuta



To nagranie Orlanda Luisa Pardo i jego dziewczyny wprawiło mnie w osłupienie. Kiedy mi go pokazali, powiedzieli mi:
- Nie wiemy za bardzo co znaczy.
Ja też tego nie wiem, ale z pewnością jest to najmniej ważne.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Industriales mistrzem

Zdjęcie pobrano z portalu havanajournal

Aby wejść do mojego budynku trzeba stojąc na chodniku trochę pokrzyczeć . Nie ma sposobu abyśmy wszyscy mieszkańcy doczekali się zainstalowania dzwonków w każdym mieszkaniu a domofon jest obiektem na wpół utopijnym, mało znanym na Kubie. Czasami słyszę moich gości, czasami nie.

Jednego dnia znany mi głos pobrzmiewał za moim oknem:
- Industriales* mistrzem! Industriales mistrzem!

Była to przyjaciółka, którą wiem że baseball obchodzi tyle co teoria antymaterii. Kiedy bardzo zdumiona otwarłam jej drzwi zapytałam:
- Co robisz krzycząc Industriales mistrzem?

Jej odpowiedź sprawiła, że wybuchnęłam śmiechem:
- To jest jedyne co można krzyczeć, żeby cię nie aresztowali, trzeba wykorzystać.

Kiedy poznałam Generación Y zostałam fanką i przetłumaczyłam niektóre wpisy na francuski, ciągle pamiętam pierwszy “Plakaty tak, ale tylko o piłce”. Trzy lata minęły od tych rozgrywek Play Off, o których Yoani nam mówiła, plakaty istnieją nadal, hasła obowiązują, zawsze i kiedy mówią nam o baseballu.


* (przyp. tłum.) Industriales - jedna z najpopularniejszych kubańskich drużyn baseballowych biorących udział w Rozgrywkach Narodowych Kuby. Drużyna istnieje od 1962 roku i dwanaście razy zdobyła tytuł mistrza rozgrywek.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

wtorek, 30 marca 2010

Kto czeka na 27?

Zdjęcie: Lía Villares

Mówią na niego autobus widmo, ale aby jechać z ulicy 12 i 23 do dzielnicy Nuevo Vedado nie ma innego wyjścia jak czekać na niego. Przyszłam o szóstej na przystanek jak zawsze pełen ludzi i ze spokojem usiadłam czekając na cudowne jego pojawienie się.

Pół godziny później przyjechał, powoli i pełen ludzi. Pomimo, że na tym rogu dzielnicy Vedado wysiada dużo ludzi, nie była to wystarczająca ilość abyśmy wszyscy, którzy na chodniku odliczaliśmy sekundy, wepchnęli się. Dwie staruszki, jakiś obcokrajowiec i ja pożegnaliśmy autobus, który odjechał z ludźmi uczepionymi drzwi. Wydawało się, że ten mężczyzna chciał ze mną porozmawiać, usiadł obok mnie i nie zważając na moje słuchawki zaczął mówić.

Przedstawił się, był Brazylijczykiem, od półtora roku studiował medycynę w koledżu Fajardo, choć jego hiszpański był bardzo słaby. Nagle, na ulicy 23 przerwało nam zderzenie motocykla z Ładą, wśród krzyków i wrzawy ciekawskich powiedział mi:
- Na Kubie tych wypadków jest mało, czy nie?
Nie zrozumiałam dobrze o co chodzi, ale na wszelki wypadek odpowiedziałam:
- Jest mało samochodów więc przypuszczam, że będzie mało wypadków.

Po krótkim milczeniu znów coś skomentował:
- Kuba jest wspaniałym miejscem do życia.
- Dlaczego?
- Jest bardzo bezpiecznie.

Przyszło mi na myśl wiele możliwych odpowiedzi:
- Skąd wiedzieć czy jest bezpiecznie skoro w prasie nie ma wzmianek na temat aktów przemocy, ani oficjalnych wskaźników o przestępczości?
- Bezpieczeństwo jest cechą charakterystyczną dla systemów zmilitaryzowanych i systemów pełnej kontroli nad ludnością cywilną.
- Szkoda że poczucie bezpieczeństwa nie jest wprost proporcjonalne do poczucia wolności.

Ale nie powiedziałam nic. Ściemniało się, zobaczyłam godzinę, już była ósma. Byłam zmęczona, straciłam cały wieczór próbując dostać się na drugi koniec miasta i jakiś Brazylijczyk, nie wiadomo skąd, drażnił mnie swoim "Perfekcyjnym Podręcznikiem Życia na Kubie".

Nie miałam ochoty na tłumaczenie mu czegokolwiek, raczej na powiedzenie mu żeby spływał. Ale skoro jestem wykształcona, ograniczyłam się do tego aby wstać i sobie pójść, moją przyjaciółkę odwiedzę następnego dnia.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

niedziela, 28 marca 2010

Stąpać po krawędzi i nie spaść

Być w dobrych relacjach zarówno z Bogiem jak i diabłem jest trudno, choć nie niemożliwe. Jeśli ktoś miałby wątpliwości, niech zapyta się chłopaków z zespołu Calle 13, oni mają sposób. Tak więc, na przykład zaprosili do grania Aldo z grupy Los Aldeanos, ale nikt nie dał raperowi przepustki ani nie było go też w autobusie z resztą grupy, tak więc kiedy przyjechał na koncert ci z ochrony nie pozwolili mu wejść. Chociaż nikt nie mógł powiedzieć, że wykonawcy byli współtwórcami cenzury, ani cichymi jej świadkami. Śpiewanie kawałków przeciwko Biuru Interesów Stanów Zjednoczonych w Hawanie i o prawach wszystkich w Miami też działa, chociaż jest mniej subtelne. Ostatecznie, pstrykając sobie zdjęcia z kobietami pięciu kolegów z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych więzionych w Stanach Zjednoczonych i wspieranie Dam w Bieli będąc w Puerto Rico nadaje im nutę cynizmu, który nasza powierzchowność, pomimo wszystko, może im wybaczyć.

Być może “Residente” i “Visitante”* pomyśleli - szczypta prostoty aby zatriumfować na rynku "muzycznej polityki" - że tych pięciu było więźniami politycznymi lub więźniami sumienia, co później sami ogłosili - z tej strony Atlantyku - że tu na Kubie zjednoczyli się z bliskimi ludzi więzionych za swe poglądy. Bardzo smutnym dla dziennikarza skazanego na dwadzieścia lat pozbawienia wolności za jego artykuły musi być słuchanie tak fałszywych wyznań.

Oczywiście, że te wszystkie refleksje nie są potrzebne po to aby czepiać się ich kiedy jest czas na taniec w rytmie reggaeton, co było celem grupy podczas pobytu na wyspie i który osiągnęli.



*Pseudonimy wykonawców: René Pérez - "Residente" oraz Eduardo Cabra - "Visitante" (przyp. tłum.)

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

czwartek, 25 marca 2010

Kiedy opadnie kurtyna

Foto: Claudio Fuentes Madan

Łapanie rytmu w ostatnich dniach jest dla mnie trudne, jestem roztargniona i wyczerpana. Mam wrażenie że sprawy idą naprzód a ja nie potrafię sobie zdać z tego sprawy. Tak samo jak ludzie, którzy przeżyli wieki myśląc, że ziemia pod ich stopami była płaska i statyczna, dziś pytam siebie czy ten bezruch nie będzie zwyczajnym zamgleniem i brakiem informacji.

Z każdej strony dochodzą komentarze o korupcji, defraudacji, wystawnym życiu i sporach o pieniądze na wysokich szczeblach władz wojskowych i rządowych. Podczas gdy tu na dole, jedynym pewnikiem jest to, że co jakiś czas z Olimpu toczy się jakaś defenestrowana głowa.

Nie lubię szukać odpowiedzi w przyszłości, która zostawia tylko jedne przekonanie: niepewność. Ale negować, że z muru władzy odpadają cegły byłoby naiwne. Nie byłby to pierwszy raz w historii gdzie autofagocytoza jest przeznaczeniem rządzących.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek

poniedziałek, 22 marca 2010

niedziela, 21 marca 2010

Ta ulica należy do Dam w Bieli

Był to ostatni dzień akademii blogerów, ale piąty dzień marszu Dam w Bieli. Na koniec zajęć Juan Juan Almeida, Yoani Sánchez, Laritza Diversent, Joysi García, Silvio Benítez, Ciro Díaz i ja zdecydowaliśmy się im towarzyszyć.

Przybyliśmy do kościoła godzinę wcześniej. Za rogiem można było rozpoznać twarze tych, którzy nas pilnowali czy napadali, Yoani zobaczyła jedną z dziewczyn, która ją uderzyła dzień po śmierci Orlanda Zapaty Tamayo. Postawić nogę w domu bożym dało poczucie ulgi, wiemy że wojskowi mają mało ograniczeń w tym kraju a ziemia święta jest jednym z nich.

Wewnątrz było spokojnie, jednak z ulicy wkradał się do środka odgłos narodzonych bez miłości, których syndykaty ich centrów zachęcały do pracy represyjnej. Damy przybyły pośród poprzedzających je okrzyków "Niech żyje Fidel!", a my zgrupowaliśmy się u wejścia zaciekawieni, bezpieczni, wierni i zsolidaryzowani dziennikarze.

Kiedy zrobiły pierwsze kroki w kierunku środku placu, ze swymi gladiolami, obrażeniami - niektóre miały gips na rękach - i swą nieskończoną wytrwałością, ci na ulicy się rozstąpili a dookoła mnie ludzie zaczęli nucić pieśń "Witamy w domu bożym". Nie jestem dewotką, ale przysięgam że była to pierwsza wzniosła chwila tego wieczoru i nie była ostatnią.

Ci mniej cierpliwi przepychali się, dla nich chwile duchowe wydają się nie istnieć. W nawach bocznych, też byli dość niezdyscyplinowani, pomimo próśb księdza na początku mszy.

Dla mnie niemożliwą jest próba opisania kolejnych minut, zakończyło się na ocieraniu oczu podczas obściskiwania kobiet za i przede mną, obcałowywałam moich przyjaciół obok mnie i zapomniałam o tym, że kilka metrów ode mnie nienawiść czekała by zaatakować procesję.

Nie wiem czy był to efekt wzięcia udziału we mszy, czy po prostu rozkazy były inne ale wiecu opozycyjnego, tego który na nas czekał, nie można było porównać do innych jakie przeżyłam: niegłośne okrzyki, spojrzenia wbite w ziemię, hasła rasistowskie jakie nie wierzę, że mogły wydobyć się z gardeł tych, którzy głoszą się reprezentantami Partii Komunistycznej... bo chociaż Partia Rewolucji jest bardzo, ale to bardzo rasistowska.

Chodzić z Damami w Bieli za rękę przez centrum Hawany było nieopisanym zaszczytem. Skoro szliśmy ubrani w różne kolory kilka razy próbowano nas oddzielić od grupy ale one przekrzykiwały: przytrzymajcie blogerów, trzeba ich chronić.

Nikt nie puścił mojej ręki, nikt nie odważył się ich dotknąć a z balkonów i chodników z dumą patrzał naród, prawdziwy naród, na te kobiety, które na swych barkach niosą ducha wszystkich Kubańczyków.

Przypis: Dziś poszłam do domu Laury Pollán zobaczyć je, szóstego dnia przeszły 11 kilometrów.

Przetłumaczył:
Bartosz Szotek